Translate

środa, 13 czerwca 2018

Without bonuses...

...it turned out, but with a beautiful painting for its cover. Voila.

środa, 16 maja 2018

Via Kosmische

We have removed our bandcamp page, as all our releases will be re-released by Via Kosmische in their time. First, a collection of EPs with bonus material... sometime in the summer.

http://viakosmische.bandcamp.com

niedziela, 15 kwietnia 2018

Our erratic sessions from Times longe gone spawned 4 EPs and 4 albums.

They all were released in 2017. 50 years after the Summer of Love.

We then brought harsh noise and pure noise and mindless noise and all kinds of noise to the peaceful Village.

Now we set phasers to drone along with Via Kosmische, a new netlabel from Poznań, Poland. With a new release, recorded 2018, more musical than our no-fi sabotage of Neptune Days. Coming soon,
50 years after the Revolution.

Pasta.

piątek, 15 września 2017

Kommunikon

Sky has opened People of the dunes Magic pipers Children of the forest Lovers of the beach Kissing the moonshield Warriors of Maya Sunlit priests of the jungle Cement charmers Space talkers Ancient civilizations rising from the sea Sleeping in the dust of forlorn cities Dwellers of the cacti Poets of dusk Weavers of day at dawn Mystic writers Prophets of the lost golden ages Paving new ways for immortal travelers Giving advice to the young ones Gathered near holy stones Jamming with the stars Speaking a long dead language Looking for bards of summer Free from discipline’s chains Building homes without bricks Climbing towers that cool their towns Disabling all machinery Now that the stars belong to the people Nothing can be done Nothing but a joyful celebration Naked in the clouds Picking up flowers of sunrays And grass-blades of clusters

środa, 1 sierpnia 2001

bajka o Amon Dół tłumaczenie

KOBIETA BARDA W POWIEWIE LETNIEJ BRYZY Obudził się próżny i sflaczały, podnosząc powoli swoje spocone ręce ku sufitowi w geście pełnym oczekiwania, a jednocześnie tak bardzo znudzonym. Dlaczego jeszcze nie przyszła zapytał się niemego obrazu zawieszonego na ekranie sprawiającym wrażenie zrobionego z celofanu talerza, na którym ktoś rozsypał tony brązowego cukru mając nadzieję na stworzenie inspirującego pokolenia dzieła sztuki. Wzywał na przemian najróżniejsze imiona próbując połączyć twarz dziewczyny z jednym z obrazów w jego ulubionej, letniej książce – pełnej plaż, palm, krów, łąk, pasterzy i nagich kobiet. Jednym słowem ciepło mleka i słodycz miodu wielokwiatowego wylewały się wprost z łagodnych, delikatnych stronic tej książki. Pasowała znakomicie do łagodnej, leniwie płynącej w zadymionym pokojowym powietrzu muzyki wydobywającej się z głośników starego magnetofonu grundig z niedomykającą się kieszenią. Pomyślał jest wspaniale, gdyby tylko łaskawie zechciała założyć zegarek choć raz w życiu, właśnie teraz gdy on jej potrzebuje, a ona pewnie siedzi jeszcze w jednym z obskurnych, świecących pustkami jazzowych klubów w południowej części miasteczka (6 rano). Szuka paczki papierosów półprzytomnym spojrzeniem obrzucając każdą szafkę, krzesło, a także wielki brązowy stół, który nie wiadomo jak znalazł się na środku jego małego pokoju tuż obok łóżka na którym wypoczywał. Jest, znalazłem powiedział stwierdzając po chwili pusta, kurwa mać rozpoczynając jednocześnie ubieranie się, które polegało na narzuceniu skórzanej kurtki na piżamę w kwieciste wzory i ubraniu sandałów. Drzwi ustąpiły po delikatnym naciśnięciu klamki i uderzeniu tuż poniżej górnego zamka rozpościerając przed nim wspaniały obraz pełen zieleni – sosny, lipy, klony – wszystko pomieszane plus same iglaki dalej, mnóstwo traw na wydmach a dalej bezkresna przestrzeń morza, która była dla niego wszechświatem, tu na ziemi, do którego chętnie zmierzał po codziennych rytuałach. Obudziła się, a mimo to nadal śniła i dlatego wciąż nie potrafiła odnaleźć łóżka pośród gęstych fioletowo-pomarańczowych chmur zachodu lecąc bezwładnie w kierunku wzgórza z ruinami zamku nie dalej niż tysiące mil od tej planety. Jej mała wyspa podwieszona pod księżycem zawsze czekała na gości dudniąc nocami freejazzem, a za dnia be-bopem, zmuszając koty do tańca wzdłuż promenady. Obudziła się, po czym znów usnęła, a gwałtowny ruch oczu wystrzelił spod jej powiek zlewając się ze światłem dnia dochodzącym zza wzorzystej kotary oplecionej mandalami firanek. Czuję się WWSSPPAANNIIAALLEE. Wrócił przeklinając miejscowych żuli, którzy są w stanie popsuć każdy jego utopijny poranek, w którym nie ma miejsca na podobne zdarzenia, a każdy człowiek jest słonecznym wcieleniem Buddy. Niestety poranek nie przetrwał dłużej niż chwila na progu, zanim otworzył drzwi, a jego umysł wciąż szukał trafnych porównań i określeń , które mogłyby pomóc mu w napisaniu kolejnego bluesa. Teraz siedział na kamieniu paląc i podziwiając letnie niebiosa poprzez szkło opróżnionej butelki whisky. Stwierdził tak wygląda moje życie i położył się jeszcze niżej, głębiej wciskając prawie swoje ciało w kamień. Papieros zgasł, a on znów przypalił sobie usta, a spadający żar wypalił tysięczną dziurę w piżamie. W pokoju zaparzył sobie kawę wsypując do niej trzy łyżeczki cukru i zalewając niesamowitą wręcz ilością mleka. Przygotował sobie bułkę, a potem wyniósł to wszystko na balkon zabierając ze sobą niezbędne papierosy i nastawiając magnetofon na cały regulator. Nigdy nie słuchał radia, nuda, nieskończona nuda wyłaziła spod kuszącej, zielono podświetlonej skali. Rozłożył się na balkonie, siedząc na wprost morza, którego błysk był stąd widoczny. Lornetka umożliwiała dostrzeżenie najdrobniejszych choćby szczegółów długonogich, opalonych ciał, starych marynarzy, mew, kutrów i mola pełnego bezmyślnych turystów. Widział także pary siedzące na wydmach mizdrzące się do siebie na swój własny, dziecinno-naiwny sposób. Ona nie przyszła, minęła godzina, a ona wciąż nie przychodziła. Uznał że nie śpieszy się nigdzie i zapewne jeszcze śpi, gdyż wczorajsza noc uświadomiła ją aż zanadto co do życia z takim człowiekiem jak on. Wiecznie nieogolony długowłosy pseudoartysta – tak kiedyś powiedziała, choć on uznał, że nie miała absolutnie racji. Była porządną, chrześcijańską panienką, która z początku prowadziła zupełnie inny tryb życia niż on – zaczytany w przeróżnych lekturach nasyconych dekadencją, ale również w dziełach wprost tryskających optymizmem mężczyzna uważający się za współczesne wcielenie romantyka, któremu księżyc ścielił kołyskę i czasem przybierał twarz matki jak zwykł o sobie mówić – więc komentarz był chyba adekwatny do trybu życia jaki prowadziła w swym małym świecie małych dziewczynek. Po wysłuchaniu wzruszającej mowy archaiczne audytorium opuszcza aulę akrobatów kierując się do wnęk w ścianach wypełnionych światłem i zanurza w nich twarze, a techniczna recytacja kieruje ich w stronę Maszyny - napełniają jej stalowe przewody – nasycona odpływa. Odsączone ciała wypełniają resztę szczelin i rozbłyskują ponętnym światłem. Archaiczne audytorium opuszcza aulę akrobatów. Raz na zawsze. ...w dół ulicą w rytm free-jazzu - samozwańcze trio - narkotyczne pacholęta - mijając kościół kilka razy - posępna czerń przeciwko pomarańczowej poświacie nieba - na wieży kościelnej stoi dwumetrowy cień, nuci melodie, a my je powtarzamy, rozpościera ręce jak złowieszcze skrzydła, łopoczą rękawy - w katakumbach pod miastem - powojennych bunkrach, dzikie okrzyki, cynowe oblicze, woskowy domek z karcianym garażem, w nim kabriolet napędzany błękitną krwią, która spływa po kościelnej wieży do czarnego kielicha przesiąkniętego do cna zepsutą, purpurową krwią barwiącą złoto wypłukane ze stwardniałych łez płynących mlekiem ze świętego sutka bogini deszczu soczyście padającego na strzeliste mury owego kościoła - jak rozpostarte wargi sromowe białej orchidei kwitnącej w załamaniu tych murów na przekór zaprzeczeniu miłości. Więc cień na wieży zawołał okrzykiem "ANIOŁY!!!" - a my na to "TAK,SYNU?" - na co on z powolnym rumorem zwalił się na ziemię jak łza spadająca po piersi kiedy płaczę przy swojej kobiecie, a ona śmieje się i mówi "Bądź męski!" choć nie o to chodzi, więc spadł a nasze trio odegrało marsz żałobny który przerodził się w dziką orgię z całym haremem nieokiełznanych nut, białe szaty i radość na pogrzebie - taniec na grobie, jedzenie dla trupa. Odejdź z pokoju! Archaiczny lokator. Odegraliśmy więc marsz i ruszyliśmy dalej w dół ulicą - rytm przyśpieszał, a muzyka nie ustawała, mimo że nasze płuca, a szczególnie Długiego, który robił za saksofon i grał na bębenkach - o, jego krwawiące ręce - moje kontrabasowe mruczenie też mnie męczyło, ale Kłaczol nieprzerwanie wyduszał z siebie kolejne nuty gitarowych solówek, nieprzerwane kaskady dźwięku. Krew omdlenie śmiech zapomnienie dom oddalenie analiza sprawdzenie bóg sprowadzenie poemat wprowadzenie drzwi pomylenie pion odchylenie słońce rozmarzenie wiatr rozwichrzenie mózg rozproszenie stój! RYTM! odniesienie pobranie kokieteria oddanie palenie rozmyślanie sen pobudkapowietrzechło ń sło ńce Tracę rytm więc spieszno ku świtowi! Spieszno ku nieuchwytnej bryzie i chmurom! Świt czeka na nas. opiszmy go, to dobry model...ręka pozowanie nieśpieszna chętna grzeszna smętna... dlaczego rymuję? Kościół się oddala, a bruk powolnie, acz swawolnie asymiluje anioła z zardzewiałej tęczy... Valhallo, nadchodzę… ...och, jak trudno było wstać...podniesienie się z kanapy po ostatniej nocy było niemal takim samym wysiłkiem jak uniesienie domu wypełnionego przeogromną liczbą rycerzy w lśniących zbrojach. Najpierw poruszyłem ręką, potem okiem i skierowałem je na dół...na podłodze dwie zwłoki - z otwartymi oczami i wymalowanym w nich wysiłkiem na pierwszym planie - a potem powolne ruchy... najpierw ręką, potem ręką do kieszeni, z kieszeni wyjąć fajkę, potem worek, nabić fajkę - a wszystko to jedną ręką...potem do ust, zapalić zapałkę, zaciągnąć się...reszta ciała wciąż sparaliżowana, a każdy z nas miał poparzone usta i zakrwawione ręce...chyba własną krwią...moim pierwszym ruchem było podrapanie się po klacie i sięgnięcie do kieszeni spodni skąd wydobyłem niesamowicie pogniecioną paczkę tanich bez filtra...jezu, zapaliłem...kiedy zgasł znów przymknąłem oczy. (reszta tekstu nieczytelna) pożyczyli więc starego, czarnego forda od jednej z przyjaciółek i chcieli jechać, mimo, że żaden nie umiał prowadzić samochodu. Ja prowadzę - ruszamy więc... ( ogień ) Kiedy człowiek tańczy wpada w pewien rodzaj plemiennego transu...taniec nie musi być określony zasadami...prosty, toporny rytm bluesa wybijany gałązkami na pustych plastikowych pojemnikach i grupowe zawodzenia to podstawowy element tańca...plus monotonny, jednostajny i transowy rytm... pierwotny bluesowo-leśny fluid w gąszczu i na polanie, wszędzie gdzie powietrze gra w głowach i tworzy wizje dźwięku...człowiek jest zbudowany z dźwięków, choć niewielu zdaje sobie z tego sprawę...nie jest jednak nudną symfonią, tylko porywającym dzikim i pulsującym rytmem z bełkotem basu i okazjonalnym skowytem gitar...struny drgają w każdym z nas... wierz lub nie, muzyka cię dopadnie, a wtedy zawładnie tobą i rozedrze na strzępy mózg, by na jego pustkowiu stworzyć drewniany boski monument, falliczną konstrukcję pulsującą rytmem w kierunku południa...w kierunku północy...kiedykolwiek jest dwunasta...nie można żyć bez dźwięku...zwalnia i zwalnia...nie potrzebujesz nic poza własnym uśmiechem, niebem do którego możesz wyśpiewywać swoje pieśni i ziemią, po której możesz iść gdziekolwiek chcesz...gdziekolwiek jest rytm...puls tam ziemia po której stąpasz jest twoja. Maryja pali Popularne, Józef pije z kumplami za stajnią, a całą scenę obserwuje zza chmury nawalony anioł i głośno rechocze...śmiech wstrząsa ziemią... jeśli bóg jest mężczyzną, to ciekawe jak długi jest jego kutas. Dłuższy od mojego? Wątpię. SCENA 1: CHRYSTUS w jaskini (od pięciu minut), BÓG stoi przy wejściu do niej -Chrystus, wyłaź...medytacja skończona... CHRYSTUS wychodzi drapiąc się po jajach. Wrzeszczy: -Ojcze, odkryłem prawdę. Bóg się uśmiecha -Tak, Synu? -Niech żyje SUPERMARKET!!! Bóg zwala się na ziemię, łapie za serce. Umarł. Niech żyją PLASTIKOWE KOSZYKI,HARE HARE WUJKU SAMIE. Kto twierdzi, że BÓG umarł, wystąp... WIELKI HIPERMARKET I ARMIA WIELKOBRATOWYCH KRASNALI ROTOJEBAKÓW NIECH ŻYJĄ! "Obrazy tobą zawładną, Obrazy cię pouczą - obrazy..." NIE POZWÓL IM!!! Kiedy zwiedzałem Baku cisza porannego wschodu słońca zawładnęła moim umysłem... Poza czarną linią nie możesz nic dostrzec, kontury załamują się w jeden punkt rozciągnięty pomiędzy oczami – widzisz całą przestrzeń nie widząc nic. Z drugiej strony – wielobarwna tęcza rozprasza swe kolory nad twoją głową tworząc całą przestrzeń z jednego kryształowego punktu – świat z diamentu. Nie jesteś pewien, czy istniejesz, nie wiesz nic wiedząc wszystko (masz świadomość skąd i dokąd idziesz, ale wszystkie suche fakty i informacje rozpływają się we mgle – są niepotrzebne). Leżysz więc na wodzie lub pływasz w chmurach, a pogoda jest świetna (wiosna w pełni – dużo słońca, zieleni, błękitu, drobne białe chmurki – ale nie upał – rześkie ciepło – powiewa bryza od morza), a ty masz oczy szeroko otwarte i zdaje się, że nigdy ich nie zamykasz. Światło jest miękkie (właśnie tak) i łagodnie pieści oczy podczas gdy wiatr wpływa pod powieki. Nie ma umysłu, powoli stajesz się niebem (czekam na ekspedycję naukową, która wywlecze boga z jego pałacu, i wystawi w klatce na pokaz, aby dzieci mogły śmiać się i wskazywać palcem karmiąc go herbatnikami). Stajesz się niebem, drzewa unoszą swoje korony i pną się w górę, ziemia jest pusta (czekam na ekipę budowlaną, która niedługo postawi tu centrum multirozrywki dla aseksualnych kamikadze). Ziemia jest pusta, tylko rośliny i ptaki, dziwna kraina gdzie boginią jest tęcza (czekam na akwizytora, który mógłby sprzedać mi na szybcika telewizor, bo ta nudna pustka staje się nie do zniesienia, a dzwonek milczy).Dostrzegam kładkę nad rzeką, czysty kolor drewna, powolny prąd, szerokie brzegi – dolina, która zapewne od czasu do czasu staje się dnem rzeki – dziwny widok w krainie bez żadnych budynków – ta kładka jest tu od początku świata (czekam na ludzi). Są ludzie – oni również wypełniają to fluidowe pole – stoją, leżą, siedzą (noce pod gwiazdami) – człowieku, żyjemy wiecznie. Rozumiesz? -Rozumiesz? -Rozumiem... Świr jest w kuchni. Apokalipsa. Św. Jan Palownik. CHCĘ Ją na własność! Ludzie na tej nieskończonej polanie – gwiazdy obracają się nad nimi i pod nimi – zdaję sobie sprawę, że dopiero dołączyłem (ja do nich, nie oni do mnie, jak z początku myślałem) – byli tu już od wieków. Pytam... nie, odpowiedź uprzedza pytanie, a ono więźnie w gardle zanim je zadam, bo w międzyczasie czuję impuls, który KAŻE wiedzieć. Lekarz jest w każdej głowie. Siostro! Czuję brzeg plaży pod stopami. Dwie ampułki!!! Znałem pewną dziewczynę – nazywała się Pharmacia Panacea i czekała zawsze o 4:20, a kiedy nie przychodziłem ona przychodziła do mnie. Obiekt uciekł. Dym zamienia się w chmury, a chmury zamieniają się w ptaki – te z kolei okrążają nieboskłon i drażnią słońce. Słońce oddycha. Czuję oddech słońca. To są pierwsze chwile czystego nieba. Siedzę bezmyślnie obgryzając paznokcie (muszę czymś zastąpić papierosa). Nie mam co robić. Nocne godziny wolno płyną w ciemności przerywanej znienacka błyskiem gwiazd i smugami chmur. Rozmyślam (okna otwierają się z hukiem ukazując nocne letnie niebo) . Prowadzę dyskusję ze samym sobą. Dym unosi się z jedynego komina w miasteczku. Szatan nigdy nie śpi. Dostrzegam parę oczu na nieboskłonie. Unoszą się zza horyzontu rozświetlając noc neonami pierwotnej magii. Boskie nieprzerwane skupienie. Rozpacz po utracie bliskich. Radość z każdego aspektu istnienia. Niezmącony spokój nieprzerwanego snu który nie przemawia lecz pompuje wszystkie soki do mózgu odżywiając go adrenaliną nocy (spokojna adrenalina która tylko delikatnie łechcze podniebienie). Ortalion niebios. Przezroczysty parasol. Slajdy z pierwszych wakacji. Słodkie wspomnienia, które nigdy nie wywietrzeją, nawet jeśli otworzysz okno najszerzej jak potrafisz. Nie przestaniesz marzyć, tak jak nie możesz przestać oddychać. Na ręce unosi się jeden włos – samotny puls, drganie ortalionu. Magiczny dotyk czyjejś ręki. Przeinaczone skupienie, spotkanie niezmąconej radości, szczęście poczwórnej matki, siedmiogłowe dzieci hydry krzyczące o każde najdrobniejsze zbawienie. Bóg, który nigdy nie przestaje kochać, chmura która nigdy nie przestaje płynąć, rytm który nigdy nie przestaje pulsować. Indie, które nigdy nie śpią. Hinduskie dziecko, awatar Siwy, potop świętej rzeki szumiącej przez cały czas (dźwięk wszechświata). Nieograniczony horyzont fosforyzującej nocy, dzień, w którym ludzie wyszli z domów z betonu aby wznieść proste konstrukcje (szałasy, lodowe domy na białej pustyni). Pierwszy przebłysk zieleni pośród krwistoczerwonych zórz polarnych. Radośni są ludzie w prostych domostwach. Papieros gaśnie. Zapalam kolejnego. Miasteczko zaczyna się samotną drogą wśród pól, wzdłuż niej biegną tory kolejowe niemo się urywające – potem osiedle i jednostka wojskowa, a koło niej ośrodek w którym spędzę półtora miesiąca swojego życia (przybyłem godzinę temu). Potem zakręt w prawo. Płot. Płot się kończy. Na lewo domy wypoczynkowe, na prawo domki jednorodzinne, pensjonaty i mój ulubiony spożywczo-monopolowy czynny całą dobę. Nieco dalej kiosk – tam kupuję gazety i czasem papierosy. Potem handlowy deptak. Zielona Budka. Smażalnie ryb, a po lewej stronie kolejny spożywczo-monopolowy. To już kanał. Na jego drugą stronę prowadzi zwodzony most sterowany ze śmiesznej niebiesko-białej budki. Za mostem w lewo, po drugiej stronie kanału. Latarnia morska. Port. Widać ukochaną plażę po lewej stronie. Teraz z powrotem – prosto za mostem – cukiernia i płatna plaża – nie lubię tego miejsca... ...potem zakręt w prawo. Mijam ośrodek i skręcam w lewo. To wejście prowadzi do ukochanej plaży – wcześniej jakiś ogródek – mają w nim świetne piwo z sokiem. Już na plaży. Morze. Mewy, czasem na wydmach słychać skowronka. Nocne niebo nad morzem (falami). Siedzę i rozmyślam. Papieros zgasł. Ostatnia paczka. Sięgam po wora. Nabijam drewnianą, marynarską fajkę – sam, dziewczynę poznam później (poza Roberta Planta, ukochane usta – krótka znajomość zakończona przez miejscowego szpanera. Czyżby miał więcej do zaoferowania? Wątpię w to.). Powoli się zaciągam... Nie muszę się przed nikim ukrywać – o tej porze na plaży nie ma nikogo – nie znoszę dnia tutaj w sezonie – smażalnia ludzi – słoneczny patrol – fatalny pomysł. Oni tylko uciekli od pracy, ja uciekłem od życia. Płuca nocy. Głęboki, miarowy oddech. Jednocześnie łagodny i pełen zadumania. Roztargnione oko niebytu (boża wagina na horyzoncie, wyłania się zza bardzo wysokiej góry) – nigdy nie obejmiesz chaosu. To jest jednak pokojowy chaos – słodkie fajkowe sny i zadumanie. Noce nad książką o rzeźniku zabójcy kupioną za złotówkę w klubie taniej książki, czy jakoś tak. Samotna ławka obciążona trzema osobami (pierwszy papieros, pierwsze wino, pierwszy skręt, pierwszy seks). Dwie z nich już oddychają wschodnioberlińskim powietrzem. Ja jestem tutaj. Płuca nocy. Para oczu powoli się zamyka, neon gaśnie. Zostaje nieodparte wrażenie, że wiem więcej, niż wiedziałem przedtem, choć nie udowodnię tego żadną tezą, regułką, czy wzorem. Musisz tego doznać, aby zrozumieć, że coś się w tobie zmieniło. Nie ma wzoru na mądrość wyobraźni. Baśnie są potrzebne, dziecięca ciekawość przydaje się w młodzieńczym życiu. Nigdy nie wyrzeknę się dziecka w sobie, to uczucie pozostanie we mnie przez bardzo długo. Chcę morskiego grobu. Oceanicznego grobu – część rafy koralowej lub zaczątek wspaniałego życia tryskającego feeriami barw. Chciałbym zobaczyć ocean, aby stać się oceanem. Nie chodzi o tanią rozrywkę. Nigdy nie noś zegarka. ...Wprost w niebiosa – trudno opisać barwy które mijam unosząc się w czystą przestrzeń – trudno znaleźć słowa na uczucia, które przeze mnie płyną. Słodka pustka – kto trzyma stery kosmicznej maszynerii? – ja tylko wprawiam w ruch gwiazdy i obracam wokół nich nieskończone planety. Widziałem jak wschodził i zachodził Orion. Komendy dla hipochondryków, trefne uderzenie, kolizja z umysłem – rozpada się na kawałki w cichym wrzasku. Rozwarte usta nocy są skierowane na falliczną sylwetkę w głębi ogrodu. Ogród rozkwita, ptaki śpiewają. Klaszczcie w dłonie, bo zaraz umrzecie. Zamiast kuli kartka z napisem „Pif Paf!!!” kiepski żart animatora wydarzeń. Wyglądam poza granice wszechświata. Widzę palec idealnego bytu – znów ta sama para oczu. Neon znów się zapala. Papieros gaśnie. Oczy pełne zieleni wypływającej boskimi strumieniami. Nigdy nie noś garnituru i lakierków. Wstałem dziś rano, a mój kot zdechł. Morskie przebudzenie starożytnego boga. Przeciągnął się i ziewnął donośnie. Ogłosił nadejście i zażądał ołtarzy. Ofiara całopalna już na ciebie czeka, panie. Zakonnice na deptakach, kioski, seksowne akcesoria, Agata, brudny chodnik, zlewozmywak. W lodówce pełno piwa, ale nic do jedzenia. Zaczekaj, aż otworzę barek. Nocna jazda, las, droga, światło w samochodzie, samotność, rozmyślania, butelka wina i ganja pod siedzeniem, dyskusja...zawsze i wszędzie...Niebezpieczna przejażdżka do centrum płonącego mózgu. Mózg skrywa ambrozję, płyn zbawienia, pomarańczowy ładunek, rozlany błysk. Dreszcz. Podnieta wewnętrzna. Sam jesteś swoim własnym afrodyzjakiem. Skrywasz całą aptekę. Jesteś lekarstwem. Panacea. Niedzielny poranek. Wszystkie dzieci w kościele – my jesteśmy na plaży. Cóż możemy zrobić w tak piękny niedzielny poranek? Upić się. Wspomnieć czasy wielkich odkrywców i legendy o rzekach złota. Płyną naprawdę w najczarniejszych umysłach. Żyły. Zerżnij boga. Połóż się koło mnie, spocznij wraz ze swoimi boskimi włosami, otulają mnie zimnem – przeszywa mózg – to jest najsroższy mróz – dwie dusze wpływają w siebie. Wypełniam cię. Dopełniasz mnie. ( scena protoplazmatyczna nieco dalej ) Za dziesięć pierwsza. Cisza jest tak przejmująca, że słyszę każde zasysanie się papierosem, łopot skrzydeł nietoperza (rwie nerw). Czuję każde tchnienie nocy. Strumień światła (każdy mach to boska nirwana). Drętwieją usta. Bitwa ptaków. Nocne stado gęsi (stado nocnych gęsi). Mewy? Skrzek. Syreny zagłady. Jam jest Belial. Widzę wszystko zza każdej mgły. Żadna mgła mnie nie powstrzyma. Moje oczy to oczy boga. Lustro poznania zawinięte w nieskończone warstwy – nikt nie odważy się odwinąć. Nawet cesarz. Seks. Za pięć pierwsza do wpół drugiej. Pozorna cisza gwiazd. Niedzielny poranek – czy mógłbyś przez cały dzień kontemplować chmury? Patrzeć na ich wędrówkę ku horyzontowi lub ucieczkę z jego załamania? Panienki na plaży, nocny klub – dzienna pustka, marynarz kupuje papierosy, matka z dzieckiem wchodząca do morza. Cóż mógłbym zrobić? Szedłem po dachu, blisko rynny, mijałem anteny nocnego nieba, przemykałem koło ptasich gniazd. Nocne stworzenie pełne nieopisanej gracji i skupienia. Nie mógłbym spaść. Cóż mógłbym zrobić? Zaśpiewaj, synu. Oddaj cześć stwórcy. To nie jest msza. Rozpoczyna się orgia i każdy jest zaproszony. Każdy może przyjść, jeśli przeniknie przez pluszową ścianę. Oderwij górną warstwę, tak powoli. Zacząłem pisać nową biblię. Nowa biblia nie jest zbyt długa. Każdy może przeczytać. Sięgnij na najwyższą półkę. Od wschodu do zachodu słońca zamknięty w piramidzie. Czuję błysk gamma i moje ego wystrzeliwuje prosto w gwiazdy. Staję się towarzyszem Oriona. Powoli sączę napój frywolnych bogów. Eliksir młodości zamknięty w kwiecie gwiazd. Zgromadziliśmy się przy nocnym klubie (Night Club) o 4:00. Pełnia, mało chmur, dużo gwiazd. Za chwilę budzi się słońce – któraś tam noc – samotna gwiazda w kłębiących się chmurach migocze wyzywająco. Wyruszymy statkiem. Nie odkryjemy jednak nowych gwiazd, lecz nowe oceany i wyspy skąpane w słońcu. Delikatne fale kokosowej wydmy wygładzają umysł, a oczy widzą wszystko co ukryte. Mózg umiera. Rodzi się dusza. Nieznane lądy otwierają się przed nami jak przekwitająca orchidea w jesiennym słońcu. Przypomina mi się Sylwester w leśniczówce. Siedmiu mężczyzn i jedna kobieta. Skrzynki piwa i beczki pełne wina w piwnicy. Strzelba. Spłoszona wiewiórka. Grzyby. Gotujemy napar (wywar Retinal Panacea). O, podróżniku... Ku tobie inwokuję. Wzywam imiona boga. Jest git. Zegar z kukułką regularnie wybija celne, poduszkowe metafory – zasłony złapały słoneczny wiatr i są teraz żaglami nieskończoności niosącymi statki na zgubę lub wprost ku krainom pełnym lasów, łąk i rzek, miedzianych jezior, legend o skarbach i odkrywców. Ok., Ok.... a więc jak mówiłem, pewnie nie obudziła się jeszcze i czeka na telefon. Jeśli zadzwonię, zapewne przyjdzie, lecz jak długo przyjdzie mi czekać, zanim podniesie słuchawkę w półprzytomnym, wdzięcznym skinieniu. Jak długo mam czekać na jej mądrość, na świadomość istnienia i współistnienia? Jak długo? Nie chciałem. Naprawdę nie chciałem burzyć jej małego bezpiecznego świata, lecz zmuszony będę ukazać jej wszechświat. Powołanie moje wzywa mnie do czynu ostatecznego. Dam jej tą tabletkę. Zaprowadzę ją do własnego umysłu. Przyszła nazajutrz, jak zwykle stosownie ubrana. Ja ledwo zwlokłem się z łóżka (12.34) i wyglądałem jak pomięta poduszka, nad którą ktoś nierozważny pił herbatę i palił papierosa. Spojrzałem na nią, objąłem wpół, rzuciłem ochrypłym głosem: wychodzimy i wypchnąłem ją za drzwi podążając tuż za nią. Swoim zwyczajem zatrzymałem się, aby podziwiać widoki. Ona nie patrzyła. Wiecznie znudzona racjonalistka, której nauki udzielane w szkole wystarczają za wszelką wiedzę i filozofię. Anioł nieświadomy, że ma skrzydła, niezdolny unieść stóp ponad ziemię, spętany opiniami i ideologiami. Anioł, którego mi żal. Weźmie, czy nie? Bezgraniczne zaufanie. Wszystkie małe zwierzęta przebudzone ze swego słodkiego snu wypełniają polany niemym uśmiechem. Ona mówi: Każda nuta jest rdzeniem wszechświata ,drżącą igłą pulsującej fali - każdy szelest jest widzialny. Niewidzialny świat ujawniony - wchodząc w światy zatrzymuję się - o światłości: Matko niebiańskiej przestrzeni, siewco wszystkiego - aranżerze przestrzeni - nielinearny Buddo - mandalo szaleństwa - wygrywasz nuty - brzmią wszystkie jednocześnie - wszelkie możliwe dźwięki dzwonią - symfonia nieskończonego falowania - delikatna jak niebieska fala somy i potężna jak nagłe tąpnięcie wszystkich szczytów górskich w całym ich ośnieżeniu i zimowym słońcu, jak wyzwolenie energii w siatkówce. Kalejdoskopowa niebiańska bogini wyprostowuje palec w pełnym gracji geście - wprawia w ruch planety – dźwięki wirują przez całą głowę, na wszystkie strony świata, wypełniają całą przestrzeń, nasze słowa rozpływają się na tysiące dźwięków, tracą ziemski sens . Nasze myśli brzmią skamląc i skowycząc, zawodząc pierwotne hymny do dawnych bogów, stukają i kołyszą się niczym łagodne fale somy - płynny, ciągły i metaliczny dźwięk - suchy i nieprzerwany - jedna nuta zawieszona w czasie. Płód Matki Niebiańskiej Przestrzeni wypełnia całość, jej synowie walczą z wiarołomnymi dziećmi we wszechświecie, lustro na skraju czasu zakrzywia przestrzeń, a jego miękkie dzieci maszerują w jeden rytm. Przeciągły dźwięk wciąż brzmi... Poznała Stwórcę. Leniwe dni przy plaży, tuż na szczycie wydm, delikatny zapach kadzidła rozproszony przez wiatr. Słomkowy kapelusz chroni przed wścibskimi spojrzeniami. Chłoniemy słońce. Zrozumiała. Naprawdę nie chciałem niszczyć jej małego świata – właściwego chyba małym dziewczynkom. Choć ma już 18 lat. Leżę na trawie wpatrując się w księżyc, a ona mamrocze coś do mojego zaspanego ucha. (Lipiec/Sierpień 2001)